poniedziałek, 21 grudnia 2009

Nowa seria Czarnego - premiera 25 stycznia 2010


Wieść gminna niesie, że pod koniec stycznia 2010 roku wydawnictwo Czarne wyda pierwszą książkę w nowej serii „mikrokosmos/makrokosmos: literatura faktu”. Będzie to książka „W cieniu Świętej Księgi”, autorstwa dwóch dokumentalistów z Finlandii – Kevina Fraziera i Arto Halonena. Rzecz zapowiada się całkiem ciekawie.

Oto, co o tej publikacji pisze wydawca:

„W cieniu Świętej Księgi” to książka opowiadająca o kulisach kontraktów największych korporacji światowych, które w imię lukratywnych umów z zasobnym w gaz Turkmenistanem, zgodziły się na przekład książki autorstwa Saparmurata Njazowa. Jednym z języków, na który została przełożona twórczość dyktatora jest... język polski!
Rządy wielu państw europejskich oraz duże korporacje międzynarodowe od lat rywalizują o dostęp do zasobów naturalnych Tukmenistanu, kraju dysponującego jednymi z najbogatszych złóż gazu, a zarazem znajdującego się w czołówce listy państw najbrutalniej łamiących prawa człowieka i prawo do wolności słowa.
Ruhnama jest dziełem pochłoniętego umacnianiem kultu własnej osoby przywódcy Turkmenistanu,

Saparmurata Nijazowa, i stała się symbolem jego dyktatury. Wielkie międzynarodowe koncerny nakłaniane są do przekładania Ruhnamy na języki macierzyste oraz publiczne deklarowania wsparcie dla turkmeńskiej księgi. W istocie rząd Nijazowa zdaje się traktować Ruhnamę jako test decydujący o tym, które z firm będą skłonne przymykać oko na naruszanie lub jawne łamanie praw człowieka.

„Sprawdzian Ruhnamy” zalicza wielu – od Nokii i Siemensa, po Gazprom i amerykańskie spółki paliwowe, w interesy z Turkmenistanem angażują się rządy i korporacje od Finlandii po Chiny, Stany Zjednoczone i Rosję. Kazus Świętej Księgi staje się więc sprawą o zasięgu globalnym i przykładem pewnego ogólnoświatowego trendu. Rodzi ważne i niepokojące pytanie o to, z jakich powodów wielkie koncerny angażują się w interesy z autokratycznymi rządami. Czy państwa Zachodu tracą zdolność do kontrolowania międzynarodowego biznesu? Czy przyszłość należy do dyktatorów i wielkich korporacji pracujących wspólnie dla zwiększenia wzajemnych wpływów?

W cieniu Świętej Księgi opowiada o próbach zbadania tych powiązań. Zadania tego podjęli się Arto Halonen, fiński reżyser filmowy, wielokrotnie nagradzany dokumentalista, i jego współpracownik Kevin Frazier. Kulisy wielkich interesów starali się odsłonić najpierw w filmie dokumentalnym pod tym samym tytułem, jednym – jak się miało okazać – z najgoręcej dyskutowanych filmów 2008 roku. Książka, która powstała później, jest znacznie obszerniejsza, zawiera wiele fragmentów o charakterze reporterskim i obyczajowym, a dodatkowo przedstawia wydarzenia, które miały miejsce po upublicznieniu filmu. Autorom udało się m.in. dotrzeć do niezwykle interesujących materiałów dotyczących współpracy Nokii z Nijazowem.

Podjęta przez fińskich dokumentalistów wyprawa do jądra dyktatury to palące pytanie o etykę wielkiego biznesu."

Kevin Frazier, Arto Halonen, „W cieniu Świętej Księgi”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec, premiera: 25 stycznia 2010 r.

sobota, 28 listopada 2009

"Kobieta w Berlinie" - szczerze, brutalnie i pasjonująco


"Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku" to pozycja znakomita. Jej autentyzm, wnikliwość, szczerość sprawiają, że choć nie jest to typowa powieść czy opowiadanie, to jednak należy się jej najwyższe literackie uznanie.
Książka ta wywołała na początku 2009 roku spore zamieszanie. Posłużyła bowiem za scenariusz do filmu o takim samym tytule, wyreżyserowany przez Maxa Färberböcka. Obraz był poruszający i zyskał sobie sporą popularność. I trudno się dziwić. „Kobieta w Berlinie” to pozycja poruszająca, nawet mimo faktu, że nie jest dziełem stricte literackim, lecz dokumentem, swoistym memento podbitego w 1945 roku przez Armię Czerwoną Berlina.
Zebrane w książce zapiski powstały w okresie od 20 kwietnia do 22 czerwca 1945 roku. Ich autorka pozostaje po dziś dzień anonimowa. Wiadomo jedynie, że w chwili, gdy sporządzała ten wojenny dziennik, miała 30 lat. Była wykształconą kobietą, wywodzącą się z klasy mieszczańskiej i zaręczoną z żołnierzem Wehrmachtu, który bił się na froncie wschodnim. Zanim rozpoczął się wojenny dramat, pracowała w niemieckim wydawnictwie. To pozwoliło jej zwiedzić pół Europy. Dotarła też do radzieckiej Rosji. Tam opanowała podstawy języka rosyjskiego. Jak się okazało, umiejętność posługiwania się językiem Puszkina okazała się w wielu chwilach zbawienna…
Początki „Kobiety w Berlinie” sięgają chwil tuż przed wkroczeniem radzieckich żołnierzy do Berlina. Autorka rzeczowo i dokładnie oddaje stan uczuć i emocji ówczesnych mieszkańców miasta. Opowiada o głodzie, wszechobecnym strachu. Rysuje też portret umęczonych żołnierzy Wehrmachtu, którzy wrócili bronić Berlina, a tak naprawdę byli tylko cieniami ludzi. W opisach autorki rzadko pojawia się panika. Niekiedy zdarza się jej wspomnieć o strachu, ale w swoim dzienniku starała się zaprezentować jako osoba opanowana i godna.
Kolejne opisy, dotyczące już po przejęciu miasta przez Rosjan, wstrząsają. Od chwili, gdy Armia Czerwona stała się panem życia i śmierci setek tysięcy berlińczyków, zaczął się koszmar. W fatalnej sytuacji znalazły się zwłaszcza kobiety. Żołnierze masowo je gwałcili, nie przejmując się chorobami czy wiekiem ofiar. Dość powiedzieć, że doszło do tego, że witające się przyjaciółki nie mówiły do siebie „dzień dobry”, lecz „ile razy?”. Rosjanie nie interesowali się tylko dziećmi. Mało tego, okazywali im sporą troskę i młodym matkom zwykle dawali spokój. Jak pisze autorka, być może dlatego, że „Rosjanie po wojennej traumie szukali czegoś czystego, a wśród nas jedynie niemowlęta były niewinne. Wszyscy inni byli naznaczeni”.
Co pasjonujące, wiele berlińskich kobiet szybko znalazło strategię przetrwania w nowych realiach. Starały się znaleźć wśród Rosjan wysoko postawionego opiekuna, dumnego oficera, który w zamian za seks chroniłby je przed przypadkowymi gwałtami ze strony pijanych sołdatów. Dawałby im też jedzenie, co w zupełnie zdemolowanym Berlinie było prezentem najwyżej rangi. Z tej strategii skorzystała też autorka. Znalazła się pod opieką dwóch rosyjskich żołnierzy. W swoich zapiskach nie kryła, że ma świadomość, iż stała się kimś w rodzaju prostytutki. Pisała o tym szczerze, bez większych rozterek. Uważała, że Niemcy nie mają prawa do noszenia korony cierniowej na głowie, bo ich krzywdy to symboliczne wyrównanie rachunków za zbrodnie Niemców na rosyjskich ziemiach. I w tych przekonaniach utwierdzały ją opowieści radzieckich żołnierzy, którzy płakali nad losami zabijanych przez SS-manów niemowląt. Szczerość autorki, jej próby odnalezienia sprawiedliwości w trudach powojennego życia – to budzi najwyższy szacunek.
Sporo na kartach „Kobiety w Berlinie” autorka pisze też o niemieckich mężczyznach. Opisuje ich jako kompletnie załamanych, przytłoczonych porażką. Wspomina, jak niewielu Niemców stawało w obronie gwałconych żon, córek czy nawet sąsiadek. Dodaje, jak opowieść o jednym z berlińczyków, który uratował swoją żonę przed gwałtem, wzbudziła u mówiących o tym Niemców spory szacunek. Ale był to przypadek wyjątkowy. Autorka dziennika pisze gorzko, że najbardziej pragmatyczni byli pod względem przymykania oko na gwałty doświadczeni mężczyźni. – Po prostu próbowali patrzeć przed siebie. Wiedzieli, że próby oporu są daremne, a mogą zaszkodzić. W przyszłości wiele żon wystawi im za to rachunek. Być może dlatego tak wiele rodzin popełnia zbiorowe samobójstwa – pisze gorzko autorka.
„Kobieta w Berlinie” to trudna książka. Mimo, że autorka wspomina w niej jedynie dwa miesiące, jej opowieść zajmuje – w polskim wydaniu – 200 stron. Tak duża dawka opowieści o wojennym dramacie, o traumie przegranych, historii o zbiorowych gwałtach może przytłoczyć. Ten swoisty zastrzyk zła warto jednak znieść, bo działa on podobnie jak szczepionka.
By uchronić nas przed grypą, lekarze wstrzykują nam osłabione zarazki wirusa. Dzięki temu nasz organizm będzie lepiej sobie radził z infekcją. W podobny sposób działa opowieść autorki „Kobiety w Berlinie”. Bo gdy już czytelnikowi uda się przebić przez wszystkie dramatyczne opisy, tym większą wartość będą miały dla niego próby szukania przez autorkę sprawiedliwości. Jej wszystkie rozważania nad ludzką naturą, nad jej – choć poważnie naruszoną – wiarą w człowieczeństwo. A właśnie to swego rodzaju światło humanizmu i uniwersalnych wartości stanowi o pięknie, o wartości tej książki.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można łatwo uznać, że żyjące pod radziecką okupacją Niemki zwyczajnie wcieliły się w rolę prostytutek. Tyle, że będzie to sąd zupełnie pozbawiony podstaw. One chciały przeżyć. Ich mężczyźni zawiedli i zostały pozbawione same sobie. Dlatego wolały znaleźć sobie „opiekunów” i móc nieco spokojniej myśleć o jutrze niż drżeć ze strachu przy każdej wyprawie po wodę do studni. Autorka „Kobiety w Berlinie” w swoich dziennikach świetnie opisała, dlaczego Niemki zdecydowały się na ten krok. Opis tego mechanizmu, a także wspomnienia z brutalnej wojennej rzeczywistości sprawia, że książka ta zasługuje na wielkie uznanie.
Anonyma, „Kobieta w Berlinie. Zapiski z 1945 roku”, Świat Książki, Warszawa 2009.

piątek, 27 listopada 2009

20 lat nowej Polski okiem reporterów


Dziś wyjątkowo nie będzie recenzji książki, lecz mała sugestia czytelnicza. Gdy pozycja, do nazwy której przejdę za chwilę, wpadnie mi w ręce, na pewno zamieszczę tu większy tekst na jej temat. Ale na razie, drodzy Czytelnicy, musi nam wystarczyć zajawka.Sięgnąć po tę książkę zdecydowanie warto, bo to rzecz wyjątkowa.


Chciałbym polecić książkę "20. 20 lat nowej Polski w reportażach", która ukazała się w tych dniach nakładem wydawnictwa Czarne. To zbiór reportaży, ukazujących przebieg polskiej transformacji ustrojowej tak w wielkich miastach, jak i na prowincji. Teksty wybrał Mariusz Szczygieł, który tak pisze o tym tomie: "To 26 (a nawet więcej) historii, zapisanych przez najlepszych polskich reporterów. To mój osobisty wybór reportaży o tym, gdzie zaczęła się i dokąd doszła nowa Polska. Nie ta, którą widzimy w Sejmie, ani ta z pierwszych stron gazet. Raczej Polska, która musiała ‘mentalność sobie w jeden dzień zrobić’.

W tomie opublikowano teksty takich autorów, jak Włodzimierz Nowak, Edyta Gietka, Jacek Hugo-Bader czy Wojciech Tochmann, a więc przedstawicieli śmietanki naszego rodzimego reportażu.

(red.) Mariusz Szczygieł, "20. 20 lat nowej Polski w reportażach", wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

sobota, 14 listopada 2009

Książka, która szczerością rzuca na kolana


Amerykański dziennikarz David Rieff w książce „W morzu śmierci. Wspomnienie syna” opisał walkę Susan Sontag, swojej matki, ze śmiertelną chorobą. Efekty jego pracy rzucają na kolana. Powala w tej książce jej szczerość i piękny opis relacji syna ze śmiertelnie chorą matką.

Podejmujące decyzję o napisaniu tej książki, David Rieff podjął się nie lada wyzwania. Po pierwsze, w dzisiejszych dyskursach popkultury śmierć jest zupełnie nieobecna. A jeśli już się pojawia, to tylko jako coś zupełnie egzotycznego. Coś, co jawi się w oddali na horyzoncie, ale jest zwykłym fantomem, o którym nie wolno nawet myśleć. Bo po co? Lepiej żyć, na potęgę konsumować, bawić się i nie myśleć o tym, co nieuchronne. Biec bez celu jak lemingi…

Znaleźć język, którym można by publicznie opowiedzieć o śmierci matki bez ocierania się o ckliwość czy tani melodramatyzm – to było zadanie trudne, jeśli nie karkołomne. Autorowi „W morzu śmierci…” ta sztuka się udała. Nie popadł ani we łzawe wspominki, jak to „matka wielkim człowiekiem była i chorobie dać się nie chciała”, ani w cyniczną opowiastkę, którą można by streścić jednym zdaniem: „Tak było, opowiadam to na zimno”. David Rieff znalazł język nieco zdystansowany, ale też pulsujący emocjami i do szpiku przesycony intymnością. Z kart tej książki da się momentami wyczuć dystans, na który autor chciałby się oddalić, by wspomnieć zmagania matki ze śmiercią bez emocji. Ale nie zawsze ta sztuka mu się udawała, co jego książce tylko dodaje charakteru i wyjątkowości.

Drugą rzeczą, o którą Rieff mógłby się rozbić, byłby zarzut o żerowanie na śmierci własnej matki, by zarobić parę groszy. Nasza kultura jest może ekshibicjonistyczna i promuje różne warianty „obnażania się”, ale o śmierci bliskich mówić raczej nie wypada. Takie sprawy należy zostawić w intymnym, rodzinnym gronie. Warto przypomnieć tu casus polskiej wokalistki, Justyny Steczkowskiej. Diva kilka lat temu dała sobie zrobić sesję fotograficzną na jednym z warszawskich cmentarzy, przy rzekomym grobie ojca. Już wtedy spadły na nią gromy krytyki i pomyj, że „robi PR na rodzinnej tragedii”. A gdy okazało się, że nie było to miejsce spoczynku jej ojca, wtedy artystkę wręcz zmiażdżono. Głosu krytyki nie było za to słychać, gdy w tabloidach ukazały się zdjęcia nagusieńkiej Steczkowskiej, wypoczywającej nad tureckim morzem. Bo takie obnażanie uchodzi i jest pożądane. Słowem, goła d… tak. Śmierć – pod żadnym pozorem nie.

Davidowi Rieffowi udało się ominąć te zagrożenia szerokim łukiem. I stworzył książkę, która – nie bójmy się wielkich słów – jest po prostu piękna. Rieff opisał w niej ostatnie lata życia Susan Sontag, swojej matki. Sontag, która zapisała się w kartach historii jako wybitna eseistka i intelektualistka, przez ponad trzydzieści lat borykała się z chorobą nowotworową. Dzięki sile woli udało się jej pokonać raka piersi. Później jednak choroba znów się o nią upomniała. Na początku XXI wieku zachorowała na kolejny nowotwór… Później zdecydowała się na eksperymentalne leczenie, które wywołało białaczkę – tego Sontag nie wytrzymała. W grudniu 2004 roku choroba okazała się silniejsza i Susan Sontag zmarła.

Rieff był w tym czasie o boku matki. W książce opisał jej walkę o zdrowie, jej gorącą wiarę w to, że uda się przeżyć. Pokazał potęgę racjonalnego umysłu, który nie spoczął nawet w obliczu śmiertelnej choroby. Autor wspomina, jak Sontag analizowała internetowe portale medyczne i fachowe podręczniki, jak sporządzała notatki z tych lektur. A wszystko po to, by swoją chorobę lepiej zrozumieć i zachować wiarę, że można ją pokonać. I choć rak okazał się silniejszy, opisana we wspomnieniach Rieffa postawa Susan Sontag ma wszelkie dane po temu, by stać się wzorem do naśladowania. I to nie tylko dla lżej lub ciężej chorych. Ale też dla wszystkich wypalonych, życiem zmęczonych, znudzonych. Bo Sontag zdaje się mówić z kart tej książki, że każda chwila w życiu jest bezcenna i że z każdej trzeba korzystać. A tej postawy nie powinna zmienić żadna, nawet najbardziej dramatyczna informacja czy okoliczność, w którą zostaniemy – przypadkiem lub z własnej woli – uwikłani.

Co warte podkreślenia, David Rieff nie nakreślił w tej książce portretu matki-heroski. Przedstawia Sontag taką, jaką ją zapamiętał. Opisał ją jako osobę waleczną, ale też momentami całkowicie rozstrojoną psychicznie i dającą się tym we znaki wszystkim, którzy ją wspierali. Jako racjonalną do ostatniej chwili myślicielkę, która w chwili trwogi nie prosi o pomoc Boga, od którego uciekała przez całe życie.

Autor książki nie stroni również od refleksji nad swoją postawą wobec umierającej matki. Szczerze wspomina, że nie zawsze potrafił pomóc jej tak, jakby tego oczekiwała. I, co gorsza, tak jak sam chciałby jej pomóc. Pisze o blokadzie emocjonalnej, o mieszance gorących uczuć z chłodem… Te intymne, gorzko szczere wspomnienia chwytają za serce. To nie są wspominki mające ruszyć emocje wątpiących w sens życia nastolatków. To opowieść dojrzałego mężczyzny, który wspominając śmierć swojej matki próbuje się rozliczyć ze swoimi czynami z chwili, gdy umierała. Takich szczerych aż do bólu wyznań nie uświadczysz we współczesnej literaturze.

Łukasz Andrzejewski, mój przyjaciel z „Krytyki Politycznej”, po lekturze tej książki powiedział krótko: „Jestem wbity w fotel”. Podzielam jego zdanie. Nie jest to literatura lekka, łatwa i przyjemna. Przeciwnie, to opowieść momentami mroczna i przygnębiająca. Przypominająca o tym, co nieuchronne i budząca z rozkosznego snu, w jaki nietrudno zapaść w realiach ponowoczesności. Snu o życiu lekkim, wygodnym, łatwym i przyjemnym. I co najważniejsze – jakoś tak podświadomie niekończącym się. Bo przecież nie da się ukryć, że gdzieś podskórnie współczesna kultura przemyca myśl, że to wszystko, co mamy, to tak jakby na stałe. Że żyjemy. I już. David Rieff książką „W morzu śmierci” z tego snu wybudza. Dając w zamian kawał porządnej literatury i opowieść o prawdziwym życiu, które warto godnie przeżyć. I godnie umrzeć.

David Rieff, „W morzu śmierci. Wspomnienie syna”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

poniedziałek, 9 listopada 2009

O literaturze nieco inaczej

Dziś o literaturze opowiem, albo raczej opowie niejaki Eldo, z muzycznym podkładem. Wklejam poniżej wideoklip do piosenki "Granice". Skąd ten pomysł? Bo Eldo i jego dzieła mnie inspirują.

Nie jestem wszakże fanem tego rodzaju muzyki. Do tego polski hip-hop skutecznie mnie do siebie zraził, gdy zetknąłem się z "twórczością" paru domorosłych raperów, dzielących się w swoich dziełach prostackimi refleksjami o "d...ach", jaraniu zioła i piciu litrów alkoholu. Sorry Winetou, ale gansta-blokerskie opowieści to nie dla mnie.

Twórczość Eldo plasuje się na drugim biegunie tego gatunku muzyki. Raper w wielu wywiadach podkreślał, jak wielką rolę w jego życiu odgrywa literatura. Że jest od książek wręcz uzależniony i uwielbia syndrom, znany pewnie każdemu miłośnikowi literatury, kupowania coraz to nowych pozycji do domowej biblioteki. I smak czytania, czytania, czytania...

Wpływy te da się usłyszeć w jego tekstach. Trudno się oprzeć wrażeniu, że ocierają się one o poezję. Są przesiąknięte życiowym realizmem, ale ich przekaz nie jest toporny, skłania do głębokiej refleksji. Wymaga intelektualnego wysiłku, ale to sprawia, że przemyślenia zostają w głowie, a nie przelatują koło ucha.

Podobnie jak książki. video

czwartek, 5 listopada 2009

Powrót do przeszłości z prof. Kołakowskim


Gdy przeczytałem ten wywiad, długo nie mogłem wyjść z podziwu. Jacek Żakowski rozmawiał z prof. Leszkiem Kołakowskim o życiu. Po prostu. Żakowski przyszedł do niego, filozofa, który "przeczytał tysiące książek, 77 lat żyje na tym świecie i zdobył sławę mędrca", by dowiedzieć się, jak żyć lepiej. Efekty tej rozmowy były wówczas dla mnie - i są nadal, ilekroć wracam do tego wywiadu - piorunujące.

Nie czas tu i miejsce na to, by rozmowę Żakowskiego z prof. Kołakowskim cytować tu kropka w kropkę. Kto chce, znajdzie ten tekst w Internecie. Dla tych bardziej leniwych link do wywiadu.

W tej rozmowie uderza prostolinijność i skromność prof. Kołakowskiego. Człowiek o międzynarodowej sławie, z wieloma cenionymi rozprawami filozoficznymi na koncie, opowiada w tej rozmowie o życiu jak facet, który sam stawia pierwsze kroki i uczy się na własnych błędach. A przecież, to co opowiedział, było naznaczone głębokim doświadczeniem i mądrością.

Dla mnie, mającego w chwili, gdy wywiad ten wpadł mi w ręce lat 19, odkrycie tylu życiowych prawd w jednej sekundzie, było doświadczeniem bezcennym. Nawet dziś, choć od chwili publikacji tej rozmowy minęło już pięć lat, wracam do rozmowy Żakowskiego z prof. Kołakowskim jak do czegoś pocieszającego, dającego do myślenia i - co najważniejsze - pobudzającego do dalszych potyczek na życiowych ścieżkach.

Dla przypomnienia wklejam swoisty "katalog prof. Kołakowskiego", czyli licząca 15 punktów listę drobnych zasad, których przestrzeganie sprawić może, że będzie się nam żyło łatwiej i lżej.


"Po pierwsze, przyjaciele!

A poza tym:

1) Chcieć niezbyt wiele.
2) Wyzwolić się z kultu młodości.
3) Cieszyć się pięknem.
4) Nie dbać o sławę.
5) Wyzbyć się pożądliwości.
6) Nie mieć pretensji do świata.
7) Mierzyć siebie swoją własną miarą.
8) Zrozumieć swój świat.
9) Nie pouczać.
10) Iść na kompromisy ze sobą i ze światem.
11) Godzić się na miernotę życia.
12) Nie szukać szczęścia.
13) Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
14) Z zasady ufać ludziom.
15) Nie skarżyć się na życie.
16) Unikać rygoryzmu czy fundamentalizmu."

niedziela, 1 listopada 2009

Mała zdrada literacka

Mój blog jest poświęcony literaturze i książkom, które mnie fascynują, po lekturze napełniają głowę setkami myśli. Ale zrobię jeden wyjątek od tej reguły, by polecić blog warty uwagi. To Gaz Wybuchowy, prowadzony przez Mirka Matusiaka, mojego przyjaciela. Zapraszam do lektury!

piątek, 30 października 2009

Lewicowiec? A cóż to za szatan?


To pierwsza moja recenzja, która ukazała się w Internecie. Myślę, że warto ją wrzucić na tego bloga. To taka podróż sentymentalna, związana ze zbliżającym się 1 listopada...

"Wydana przez „Krytykę Polityczną” mała, czerwona książeczka pod tytułem „Przewodnik Lewicy” równie dobrze mogłaby się nazywać „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o lewicy, a boicie się zapytać”. To świetne kompendium, wyjaśniające postulaty, wartości i hasła tzw. nowej polskiej lewicy.

Czym jest lewica? W świecie późnej nowoczesności, trudno o jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Cechą charakterystyczną współczesnych demokracji jest bowiem wędrówka zarówno prawicy, jak i lewicy do centrum politycznego spektrum. I nie wiadomo w zasadzie, kto jest z jakiej politycznej bajki.

Pytanie: „Czym jest lewica?” ma szczególny wymiar w Polsce. W naszym kraju lewicowość obrosła w stereotypowe, odstręczające wielu obywateli narośle. Lewicowiec w powszechnym odbiorze kojarzy się jako zwolennik recydywy PRL, bądź - w najlepszym wypadku - jak cyniczny, chciwy i skorumpowany postkomunista o nalanej twarzy i podejrzanym spojrzeniu. Lewicowiec kojarzy się z osobnikiem dzierżącym w dłoni czerwony sztandar z sierpem i młotem, za plecami mającego trumny Stalina, Mao i Lenina, marzącego o odbudowie gułagów, do których wtrącałby normalnych, zdrowych moralnie Polaków-katolików.

„Przewodnik Lewicy” pozwala zrewidować te stereotypy. Ta mała czerwona książeczka (pyszna analogia do Mao i jednocześnie drwina z mainstreamu!) to całościowa wykładnia tożsamości lewicowej i wartości bliskich osobom związanym z lewą stroną sceny politycznej. Autorzy unikają typowego dla tradycyjnej lewicy moralizatorstwa. Piszą: - Nie rościmy sobie pretensji do jedynej słuszności na lewicy. Część prezentowanych tu idei i rozwiązań wykracza zresztą poza lewicową identyfikację. Nie ma też w „Przewodniku…” haseł nawołujących do walki ze zgniłym imperializmem USA i podobnych reliktów przeszłości. Siłą tej książki jest, iż autorzy wykładają rzeczowo i spokojnie - a jednocześnie stanowczo - czym ich zdaniem jest i czym powinna być lewica w realiach XXI wieku.

W książce zostały poruszone kwestie zarówno ze sfery ideologii (rozdział „Wolność i liberalna demokracja”), gdzie autorzy dokopali się do samych korzeni lewicowych poglądów i w skrócie zaprezentowali lewicową wizję polityki i społeczeństwa, jak i tak szczegółowe zagadnienia, jak rola organizacji pozarządowych w budowie zdrowego społeczeństwa obywatelskiego. Nie zapomniano również o dylematach płynących z realiów współczesnego społeczeństwa informacyjnego.

Spokojny, pewny ton tej książki to z pewnością jej wielka siła. Autorzy nie wzywają nikogo na barykady do walki z kapitalistami czy imperialistami. Oni próbują podważyć ideologiczną hegemonię neoliberalizmu od strony jego dogmatów. Wskazują jego oczywiste słabości, podsuwają konkretne rozwiązania. Mówiąc kolokwialnie, pokazują, gdzie poskrobać tynk, by odpadła cała warstwa.

Prezentują też spójną, uporządkowaną wizję lewicowej tożsamości. Która niesie odpowiedzi na rozmaite pytania. Taka propozycja może skusić wiele osób, które może i miałyby ochotę przyznać się do sympatii lewicowych, ale wciąż kojarzą je z topornym socjalizmem a'la PRL.

W Polsce dyskurs publiczny został zawłaszczony przez przez dwa języki. Gdy mowa o wartościach, niejako automatycznie narzuca się język konserwatywny. O sprawach gospodarki nie mówi się zaś inaczej, jak tylko językiem liberalnym. To „zakotwiczenie” debaty publicznej między konserwatyzmem i liberalizmem po wyborach w 2005 roku znalazło odbicie na scenie politycznej, gdy zwyciężyły dwie partie prawicowe: narodowo-populistyczny PiS oraz konserwatywno-liberalna PO. Dla języka lewicowego, i tak marginalizowanego, zabrakło zupełnie miejsca w debacie publicznej, polityczną lewicę skompromitował zaś lewicowy tylko z nazwy SLD.

Środowisko „Krytyki Politycznej” od paru lat konsekwentnie próbuje przełamać ten impas. Korzystając ze wskazówek Karola Marksa, „KP” dba o budowę bazy. Oprócz lewicowo-liberalnego kwartalnika, publikuje - wspólnie z wydawnictwem Ha!art - książki takich autorów, jak Slavoj Żiżek czy Alain Badiou. „KP” otworzyła też w Warszawie RED-akcję, która wyrosła na tętniący życiem ośrodek dyskusyjno-kulturalny.

„Przewodnik Lewicy” jest kolejnym krokiem środowiska „Krytyki Politycznej” w stronę rozbicia ideologicznego status quo na polskiej scenie publicznej. „Przewodnik…”, choć jest małych rozmiarów, może przynieść naprawdę duże owoce. W XXI wieku lewica jest jedyną siłą, która na poważnie chce podjąć dylematy współczesności. Ale jej głos jest - jak dotąd - za słaby. Nie dociera do szerokich mas, słyszy go może garstka zatwardziałych lewaków.

Ten problem jest szczególnie palący w Polsce. Nasze elity po 1989 roku zachłysnęły się mocno ideologią TINA (There Is No Alternative; nie ma alternatywy dla neoliberalnego kapitalizmu - przyp.aut.) i w tym duchu reformowały kraj, doprowadzając do sporego rozwarstwienia społecznego i powstania sporych enklaw dziedzicznej biedy. U nas lewicowy głos jest szczególnie potrzebny. Takie inicjatywy jak „Przewodnik Lewicy” sprawią, że lewica zamiast cicho i nieśmiało, zacznie mówić mocnym i pewnym siebie głosem."

Krytyki Politycznej przewodnik lewicy, Warszawa 2007.

niedziela, 25 października 2009

Proste prawdy w "Rzeczach pierwszych"


„Rzeczy pierwsze” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego to książka, która frapuje.

Po lekturze „Rzeczy pierwszych” trudno opędzić się od myśli, że wieczór spędzony z autorem przy piwie (lub innych, mocniejszych trunkach) byłby jednym z tych, które pamięta się długo. I to nie tylko z powodu nieuniknionego kaca. Autor potrafi opowiadać ze swadą, ma niebanalne poczucie humoru. Wyśmienicie operuje też językiem. Potrafi sprawić, że lektura jego książki z każdą kolejną przeczytaną stroną pogłębia w czytelniku wrażenie, że prowadzi dziwny, niemal namacalny dialog z autorem. Tak jakby Klimko-Dobrzaniecki siedział tuż obok i opowiadał o tym, co spisał na kartach swojej książki. Słowem, Hubert Klimko-Dobrzaniecki świetnym gawędziarzem jest.
„Rzeczy pierwsze” to opowieść podparta osobistymi przygodami autora. Znajdziemy w niej i wspomnienia rodzinne, i opowiastki o studenckim życiu autora (okraszone tęsknotą za niejaką Ullą, pierwszą wielką miłością autora), wreszcie wspominki z życia na emigracji.

Opowiadane przez Klimko-Dobrzanieckiego historie tętnią życiem, autentycznością. Dolary przeciwko orzechom, że te opowieści to nie zwykła fikcja literacka, stworzona przez natchnionego pisarza, ale zapis jego prawdziwych przeżyć, nieco tylko „podkręcony”. Autor wspomina pracę w angielskich rzeźniach, opowiada o Japończyku Hiroshim, który z własnych wymiocin wywróżył mu karierę… pisarza. Trafimy też z Klimko-Dobrzanieckim do Wiednia, gdzie odwiedzimy nawiedzonego psychoterapeutę, doktora Grubera.

Autor, z właściwą sobie kpiną i szyderstwem, naszkicował też portret polskiego rynku wydawniczego, który sprawił, że autor musi kraść z Empików własne książki, by móc zaprezentować je na wieczorach autorskich. Oczywiście, zorganizowanych własnym sumptem i na własnych warunkach. Bo tylko taką drogą mógłby wyjść na swoje. Tournee zorganizowane przez wydawcę skończyło się bowiem dla Klimko-Dobrzanieckiego dość nieelegancko. Zostawiło w autorze garść faktur – za noclegi musiał płacić z własnej kieszeni i prosić wydawcę o zwrot pieniędzy. Za wieczory autorskie nie dostawał grosza.

Opowieść Klimko-Dobrzanieckiego to nie tylko igraszka z czytelnikiem. To też nie napisana z przymrużeniem oka powiastka, która miała autorowi przynieść nieco sławy, a jego portfelowi parę groszy. „Rzeczy pierwsze” mają też wymiar uniwersalny. To bowiem opowieść o nagim, brutalnym życiu, które często (o wiele za często) funduje niespodziewane zakręty losu, na których niejeden wypadł już poza tor. Klimko-Dobrzaniecki pokazuje, że te niespodziewane zwroty życiowej akcji – rozstania, powroty, biedę, brak pracy, emigrację – można znieść godnie, nie tracąc pogody ducha. Może i boso, ale w połyskujących ostrogach. Że można czasem przymierać głodem lub wypijać z rozpaczy morze wódki, ale nie warto tracić szelmowskiego błysku w oku i żyć pełną piersią. Można zaryzykować tezę, że „Rzeczy pierwsze” na pewno zostaną w dobrej pamięci wielu młodych Polaków, którzy żyją na poza Polską, którą opuścili, bo nie mogli znaleźć pracy. Ich los często naznaczony jest cierpieniem.

Klimko-Dobrzaniecki pokazuje zaś, że nie warto się poddawać. Życia i jego zakrętów nie wyprostujemy, więc lepiej się cieszyć z tego, że czasem jeździmy – mówiąc młodzieżowym slangiem – po bandzie. Tak można odczytać główne przesłanie autora „Rzeczy pierwszych”. Dobrze, że w realiach XXI wieku – a więc w czasach neurotycznych, co rusz wypłukiwanych z kolejnych sensów – ktoś przypomina tę prostą prawdę.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, „Rzeczy pierwsze”, wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

środa, 14 października 2009

Zareklamuj się wśród dobrych książek!

Chcesz, by Twoją reklamę internauci kojarzyli ze świetną literaturą? Nic trudnego! Już za:

50 zł netto/dzień
200 zł netto/tydzień
350 zł netto/2 tygodnie
400 zł netto/miesiąc

możesz to zrobić! Reklama znajdzie się na boxie reklamowym 125x125.

Kontakt: lukasz.maslanka23 [at] gmail.com. W miejsce [at] wpisz tradycjny znak @.
Do podanych cen należy doliczyć 22% podatku VAT.

poniedziałek, 12 października 2009

Kilka bajek o konsumpcji


„Zakupologia” autorstwa Martina Lindstroma, guru światowej reklamy, miała być dziełem w zamyśle wydawcy arcyważnym. Ukazało się wszakże w serii „Punkty przełomowe”, której zadaniem jest przecieranie nowych intelektualnych szlaków i łamanie stereotypów. Ale książka duńskiego marketingowca to tylko panegiryk na rzecz technik reklamowych, które coraz agresywniej wkraczają w ludzkie życie.

Reklama jest jak napastnik, który czai się na każdym rogu i chce ukraść nam portfel. Bombarduje nas całymi dniami, wciskając różne produkty… Produkty? Raczej potrzeby. Których może na co dzień nie odczuwamy, ale reklamy wmawiają nam, że właśnie one żyją w głębi naszych serc. I za wszelką cenę powinniśmy je zrealizować. I to już, teraz, natychmiast!

W realiach urbanistycznych XXI wieku nie ma już praktycznie ani kawałka wolnej przestrzeni, na którym nie byłoby reklamy. Zdarzają się nawet sytuacje komiczne, gdy banner reklamowy stoi wbity w szczerym polu i wygląda jak niechciana sierota.

Otwartym jest pytanie, czy reklamy nadal są skuteczne. Coraz częściej można usłyszeć, że nie. Wielu polityków, dziennikarzy zajmujących się tematyką społeczną czy aktywistów różnych stowarzyszeń podkreśla, że plakaty czy bilboardy już tylko straszą i złoszczą, a nie kuszą. W krajach Europy Zachodniej rozwijają się ruchy zrzeszające działaczy organizacji społecznych i zwykłych obywateli, którzy walczą z ogłupiającymi reklamami za pomocą najskuteczniejszej broni – uśmiechem. Atakują oni afisze reklamowe pod osłoną nocy, przerabiając je w żartobliwej konwencji. Sporo o takich „atakach” pisała Naomi Klein w słynnej książce „No Logo”. W Polsce o takich odruchach protestów na razie nie słychać. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że wszechobecność reklam budzi coraz częściej odruch wymiotny, a nie chęć pójścia na zakupy.

Ale marketingowcy globalnych korporacji to twardzi gracze i szczwane lisy. I w walce o dusze i umysły konsumentów sięgnęli po nową broń – neuromarketing. To prowadzone na grupach konsumentów badania mózgu, w których używany jest rezonans magnetyczny. Pokazują one, dlaczego produkt A cieszy się większą popularnością niż produkt B (przykładem jest tu Coca-Cola, która góruje nad Pepsi mimo minimalnych różnic w smaku). Ich głównym zadaniem jest wykrycie reakcji ludzkiego mózgu na poszczególne bodźce reklamowe. Wyniki tych badań specjaliści od reklamy wykorzystują, by tworzyć produkty „nie do odrzucenia”.

Co zrozumiałe, takie praktyki reklamowe mogą budzić strach. Konsumpcja towarów, jakkolwiek wspomagana przez potężną arsenał naukowy, technologiczny i finansowy, pozostaje jednak sferą wolnego wyboru jednostki. Możemy być ogłupieni reklamami, możemy dać im się brać pod włos i iść za głosem nawoływań: „Pasta do zębów X uczyni Cię sexy!”, „Samochód Y sprawi, że będziesz prawdziwym macho” i tak dalej. Ale można przecież powiedzieć „nie” i zwyczajnie wycofać się z konsumpcyjnej gonitwy. Czy będzie to możliwe, gdy do kupna towarów będą zachęcały nas bodźce płynące zgodnie z rytmem mózgu? I czy nie świadczy to, że marketingowcy mają ludzi za króliki doświadczalne, z którymi można zrobić wszystko?

Światowy guru od reklamy i marketingu, Duńczyk Martin Lindstrom, zjawisku neuromarketingu poświęcił całą książkę pt. „Zakupologia”. Rzecz jest dobrze napisana, językiem przystępnym i momentami wręcz kumpelskim (na zasadzie „Wiecie, rozumiecie, ja te reklamy tylko robię, rozumiem Wasz strach, ale zaufajcie mi – nie będzie źle”). Od strony formalnej trudno się do tej książki, mówiąc kolokwialnie, przyczepić. Ale merytorycznie jest to agitka na rzec neuromarketingu.

Autor zastrzega wprawdzie już na samym początku wywodu, że:

- Neuromarketing jest zwykłym narzędziem – podobnie jak młotek. Oczywiście w niewłaściwych rękach i młotek może się stać narzędziem zbrodni, ale nie takie jest jego pierwotne przeznaczenie i nie oznacza to, że powinniśmy zakazać ludziom posiadania młotków. Być może kiedyś ktoś skorzysta z neuromarketingu w zły sposób, ale mam nadzieję, że przeważająca większość użyje go we właściwie. By lepiej poznać umysł człowieka – jego pragnienia, zachcianki, motywacje – i spożytkuje tę wiedzę dla jego dobra (dodam tylko, że głupotą byłoby z tej wiedzy nie skorzystać) – pisze Lindstrom.

A zaraz po tej wzniosłej, szczerej i humanistycznej wręcz deklaracji autor opisuje eksperyment, przeprowadzony na grupie zdeklarowanych palaczy. Celem badania było sprawdzenie, dlaczego dalej raczą się tytoniem, mimo ostrzeżeń o grożącym im raku i innych poważnych chorobach, które straszą na każdej paczce papierosów. Testy wykazały, że różne pogróżki umieszczane na paczkach papierosów wcale nie odstraszają od ich kupna. Wręcz przeciwnie, mózg dostając taki bodziec jeszcze bardziej domaga się nikotynowego błogostanu.

Nawet dziecko nie dałoby wiary, że to badanie ma „pomóc lepiej poznać pragnienia człowieka”. Bo jeśli koncerny tytoniowe wiedzą, że na konsumentów ostrzeżenia o szkodliwości nałogu nie działają, to w jakim celu zlecają takie badania? Żeby dowiedzieć się, dlaczego tak jest? Czy może po to, by wymyślić bardziej skuteczne triki marketingowe, które będą zachęcały palaczy do kupna papierosów? Słowem, ktoś tu macha młotkiem jak małpa brzytwą, ale tłumaczy się, że to tylko ćwiczenia…

Kolejnym odkryciem Lindstroma w tej książce jest zjawisko tak epokowe, jak księżyc na nocnym niebie. Mianowicie – seks nie sprzedaje. Trudno, żeby miał jeszcze kogoś zachęcać do kupna. Krótki spacer po ulicach dowolnego miasta w Polsce udowodniłby, że nagie ciała kobiet (bo tylko takie symbole są stosowane w reklamach) reklamują nawet styropian. Po takiej terapii wstrząsowej trudno pewnie wielu spojrzeć z zachwytem nawet na swoją rozebraną partnerkę, a co dopiero dać się skusić reklamie i pójść na zakupy. Ale dla Martina Lindstroma to odkrycie przełomowe. Wypada zatem współczuć przenikliwości.

Wydawca w nocie na tylnej okładce określił książkę Lindstroma jako „rewolucyjną”. Trudno tylko zrozumieć, na czym owa rewolucyjność ma polegać. Gdyby Linsdstrom napisał w niej, że służył fałszywemu bożkowi i ogłupiał ludzi za pieniądze – to by była heca. I to rewolucyjna, bo przecież rzadko się zdarza, by gorliwy funkcjonariusz kapitalistycznej gospodarki złożył samokrytykę i przyznał, że był po złej stronie mocy. W „Zakupologii” mamy zaś trochę banałów, trochę opowieści o tym, co aktualnie kręci marketingowców i PR-owców. Do tej książki nawet chwyty reklamowe oparte na badaniach neuromarketingowych nikogo by nie przekonały.

Martin Lindstrom, „Zakupologia”, wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

Nie mogę się doczekać tej książki


Tej książki nie mogę się doczekać. Miała się ukazać rok temu, ale wyjdzie na rynek dopiero pod koniec października lub na początku listopada.

Uniwersytet Zaangażowany, wydawnictwo Krytyki Politycznej

Czy polski uniwersytet jest ostoją postępowego, niezależnego myślenia? A może szkołą konformizmu? Czy uniwersytet potrafi dziś angażować? Czy w ogóle jest jeszcze częścią życia publicznego, czy został sprowadzony do roli szkoły przyzakładowej? A może to kolejny etap specjalizacji w Twoim curriculum vitae? Jak sprawić, by oświata wyrównywała szanse zamiast reprodukować społeczne i kulturowe nierówności? Autonomia uniwersytetu nie musi oznaczać obojętności na sprawy społeczne, a polityczna niezależność — akceptacji rynku jako wyłącznej podstawy jego działania.

Uniwersytet zaangażowany to próba ożywienia idei uniwersytetu — pierwszy w Polsce zbiór tekstów o uniwersytecie pisanych z lewicowej perspektywy. Kolejne po Krytyki Politycznej przewodniku lewicy zbiorowe przedsięwzięcie zespołu KP. Naukowcy, intelektualiści, artyści i dziennikarze opowiadają historię, analizują stan obecny i przepowiadają przyszłość uniwersytecką, a pomiędzy esejami rozmawiają z największymi sławami polskiej humanistyki: Marią Janion, Pawłem Śpiewakiem, Andrzejem Mencwelem.

Mock w mrocznych zaułkach Lwowa


Głową Minotaura” Marek Krajewski pokazał, że w serii kryminałów z Eberhardem Mockiem nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Wrocławskiego pisarza stać na nowe pomysły, które ubarwiają akcję i pokazują, że Mock ma jeszcze w sobie spory potencjał. Trudno tylko oprzeć się wrażeniu, że Krajewski nie wykorzystuje swoich pomysłów w pełni.

Krajewski przyzwyczaił czytelników, że akcja jego kryminałów osadzona jest w przedwojennym Breslau. „Głowa Minotaura” to jednak już szósta część przygód Eberharda Mocka i trudno się dziwić, że autor postanowił wysłać swojego bohatera na małą emigrację. Nuda potrafi zabić nawet najlepszą powieść. Mock trafia więc do Lwowa, po drodze odwiedzając również Katowice (a raczej Kattowitz).

Dlaczego właśnie Lwów? Otóż, Mock trafia na sprawę dziwnego morderstwa. W podłym hotelu zostaje znaleziona martwa młoda kobieta, którą zabójca zgwałcił, a później wygryzł jej policzek. Nie w Breslau będzie nasz bohater szukał zbrodniarza. Trop wiedzie do Lwowa właśnie. Tam niemiecki policjant trafia na innego interesującego się tą sprawą gliniarza, komisarza Edwarda Popielskiego. Panowie okazują się do siebie bardzo podobni, mają podobne gusta (zarówno, jeśli chodzi o jadło i napitki, jak i o słabość do pań lekkich obyczajów). Identyczne jest również ich podejście do policyjnych procedur. Trudno więc się dziwić, że Mock zaprzyjaźnia się z Popielskim i ramię w ramię prowadzą śledztwo, zahaczając przy okazji o Katowice.

Marek Krajewski znany jest z doskonałego, bardzo skrupulatnego i dokładnego odtwarzania realiów przedwojennych miast. We wcześniejszych książkach naszkicował wyśmienity obraz Breslau. W „Głowie Minotaura” autor równie szykownie opisał zakamarki Lwowa. Z kart książki płynie obraz miasta o niepowtarzalnej atmosferze, nieco magicznego, ale też do cna przesiąkniętego występkiem. Wplecenie w akcję słynnych matematyków ze „szkoły lwowskiej”, soczysty lwowski slang, opisy knajp, w których gromadzą się kryminaliści, rekonstrukcja ich zwyczajów – chapeau bass dla autora za ten historyczny i kryminologiczny pietyzm!

Dotychczas w serii kryminałów z Eberhardem Mockiem w roli głównej nie było drugiego, równorzędnego, a momentami wręcz pierwszoplanowego, bohatera. W „Głowie Minotaura” pojawił się Edward Popielski, który niekiedy zupełnie przysłania Mocka. Szkoda jednak, że Krajewski nie dał się bardziej ponieść pisarskiej fantazji i nie stworzył postaci zupełnie innej niż Mock. Kto wie, czy dzięki takiemu zabiegowi – zamiast tworzenia swoistej międzynarodówki twardych glin – książka nie zyskałaby na wartości, a jej nowy bohater na wyrazistości. Policjant z Breslau i gliniarz ze Lwowa są jak moneta o dwóch rewersach. Mają podobną mentalność, podobne podejście do pracy, podobny „psi nos”. Owszem, Popielskiemu zdarzało się odrzucać metody Mocka, jak choćby jego słynne „imadło” na przestępców. Koniec końców jednak, lwowski komisarz się przełamuje i triki Mocka w pełni akceptuje. Znaczy to więc, że obaj panowie się ulepieni z jednej (nomen omen) gliny. Teraz Popielski wydaje się być zagranicznym kuzynem Mocka.

Marek Krajewski poniżej pewnego poziomu nie schodzi. W „Głowie Minotaura” akcja rozwija się interesująco aż do końca książki. Wątki śledztwa są mocno splątane, ale czytelnikowi łatwo się w tych zawiłościach odnaleźć, co sprawia, że momentami może się poczuć jak asystent duetu Mock – Popielski. Również pomysł z przeniesieniem punktu ciężkości akcji do Lwowa wydaje się udany.

Powieść kryminalna ma budzić zaciekawienie i grozę. Akcja musi być wartka, ale pozbawiona przy tym zbyt dużej ilości zwrotów akcji i wątków, bo czytelnik policjantem nie jest i sam śledztwa porządkować w głowie nie będzie. Bohaterowie? Z krwi i kości, interesujący i nieszablonowi. Ten przepis na dobry kryminał Marek Krajewski dobrze zna i w „Głowie Minotaura” po raz kolejny z niego skorzystał, przyrządzając niezłe – soczyste i smakujące coraz lepiej z każdym kęsem - danie.

Marek Krajewski, Głowa Minotaura, W.A.B., Warszawa 2009.

Zło mieszka blisko


„Za podszeptem diabła” norweskiej pisarski, Karen Fossum, to książka dobra, ale pozbawiona tego specyficznego magnetyzmu, trzymającego czytelnika w napięciu aż do ostatniej strony. Jest ponuro, jest wciągająco, jest tak, jak powinno być w dobrym kryminale. Problem w tym, że jest właśnie tylko i wyłącznie poprawnie.

W swojej najnowszej książce Fossum - zwana królową powieści kryminalnej z Norwegii – pokazała, że to zaszczytne miano zdobyła w pełni zasłużenie. „Za podszeptem diabła” to historia pewnej nie do końca stabilnej psychicznie starszej kobiety o imieniu Irma, patologicznie chłodnej i sprawiającej wrażenie wyzutej z pozytywnych emocji. Bohaterka w swojej piwnicy więzi młodego włamywacza Andreasa, który w trakcie napadu złamał kręgosłup. Irma stała się panią jego życia i śmierci. Zaginionego chłopaka poszukuje komisarz Sejer, doświadczony policjant ze skłonnością do flegmatyzmu i rozważań filozoficznych. Jego jedyną nadzieją jest przyjaciel zaginionego, Zipp, który jednak – z powodu różnych grzeszków popełnionych wraz z kolegą – nie pali się do pomagania policjantowi. Komisarz podejmuje więc działania po omacku i krok po kroku dociera do coraz bardziej osaczonego przez Irmę Andreasa…

„Za podszeptem diabła” to poprawny, dobrze napisany kryminał. Autorka stworzyła całkiem ciekawą opowieść. Trudno wszakże oprzeć się wrażeniu, że motyw ofiary więzionej przez psychopatycznego oprawcę jest już solidnie wyeksploatowany przez specjalistów od książek kryminalnych czy też filmowców. Sprawia to zaś, że „Za podszeptem diabła” może się wydać książką cokolwiek nieświeżą i wtórną. Fossum częściowo wpadła w pułapkę banału. By nie popaść jednak w tanie krytykanctwo, trzeba oddać autorce, że banał ten opowiedziała z pomysłem i fantazją. Mogło być znacznie gorzej i zwyczajnie nudno, tymczasem opowieść jest spójna i intrygująca.

Siłą „Za podszeptem diabła” jest jej rozbudowany wątek psychologiczny. Karen Fossum stworzyła prozę gęstą i skłaniającą do refleksji. W książce bywa duszno, bywa mrocznie, autorka z wprawą obnaża ciemne zakamarki ludzkiej psychiki. Również bohaterowie to postaci z krwi i kości, których dialogi czyta się z przyjemnością, a nie z trudnym do opanowania zażenowaniem.

Najnowsza książka Karen Fossum to solidny, porządnie napisany kryminał. Autorka z wielu składników sporządziła całkiem smaczne kryminalne danie. Książce nie zaszkodziło nawet wplecenie w nią – pozornie całkiem niepotrzebnych - wątków w rodzaju homoseksualnych ciągot Andreasa czy też defektu cielesnego Irmy, która urodziła się z… jelitami poza brzuchem.

„Za podszeptem diabła” to książka, która powinna spełnić oczekiwania miłośników kryminałów. Sęk w tym, że raczej nie zapadnie im na długo w pamięci. Nie ma w niej tej swoistej iskry, tej soczystej atmosfery występku, moralnej zgnilizny i półświatka, którą znaleźć można choćby w powieściach Marka Krajewskiego.

Karen Fossum, Za podszeptem diabła, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

Fascynująca wędrówka po Azji


Azja to kontynent dla wielu mieszkańców Zachodu fascynujący. Jawi się jako kraina, gdzie niebywały miejscami rozwój i dostatek krzyżują się z tajemniczą duchowością i mistycyzmem, rządzącymi się nie zawsze zrozumiałymi wartościami.

Dla przeciętnego Europejczyka czy Amerykanina, żyjącego w społeczeństwach zlaicyzowanych i przesiąkniętych do szpiku techniką, taki świat musi być fascynujący. Teraz dodatkowo ta fascynacja miesza się z lękiem. Eksperci od dawna przewidują, że Azja w przyszłości stanie się centrum świata. Niektóre kraje azjatyckie mają zaś z Zachodem niewyrównane rachunki. Choćby w Chinach resentyment za XIX-wieczne wojny opiumowe jest nadal spory i nie wiadomo, czy dawne demony nie wypłyną, gdy Państwo Środka będzie odgrywało na arenie międzynarodowej większą rolę. A to tylko jeden z przykładów. Nie wiadomo też, jak azjatyckie wartości, które coraz częściej będą oddziaływały na kulturę zachodnią, przyczynią się do zmiany społeczeństw zachodnich.

Niektórzy próbowali świat ten zgłębić, zrozumieć jego tajemnice i opisać. Rzadko jednak próby te przynosiły powodzenie. Ryszard Kapuściński w „Podróżach z Herodotem” wspominał swoją pierwszą podróż do Chin. Opowiadał, o tym, jak bardzo był sfrustrowany, żyjąc w kraju, którego język pozostawał poza zasięgiem poznania. Reporter wspominał, jak bardzo starał się zrozumieć Chińczyków i ich życie, ale odbijał się od językowej ściany i wracał do Polski z niczym. Gdy więc czytelnikowi wpadnie do ręki książka, której autorowi uda się przeniknąć nieco głębiej w azjatycki świat, od razu cieszy się ona sporym rozgłosem. Francuski pisarz Guy Sorman zebrał świetne recenzje za „Rok koguta”, w którym brawurowo obnażał słabości chińskiego reżimu oraz przeżarte korupcją i głębokimi nierównościami majątkowymi społeczeństwo. Tezy stawiane przez niego w książce, oparte na badaniach i podróży do Chin, zupełnie kontrastowały z obiegowym wizerunkiem Państwa Środka jako tygrysa szykującego się do skoku na światowe rynki.

Teraz na polskim rynku ukazuje się znakomita pozycja o Azji. Reporter z Włoch, Tiziano Terzani, prezentuje w niej reportaże z Azji, pisane przez ponad 30 lat. Terzani poznał kontynent azjatycki niemal na wskroś. Był w Chinach, Japonii czy obu Koreach. Przemierzył Indie i Pakistan, dotarł do Laosu czy Kambodży. Efekt tych wędrówek jest fascynujący. Tiziano Terzani stworzył niesamowity portret azjatyckiej kultury, mentalności i aspiracji. Przed jego zmysłem obserwacji i talentem opisywania rzeczywistości nie umknął żaden element azjatyckiej specyfiki. Dzięki temu niektóre z zamieszczonych w tomie reportaży imponują przenikliwością.

Weźmy dla przykładu teksty Terzaniego o Japonii. Kraj Kwitnącej Wiśni cieszy się na Zachodzie wizerunkiem państwa zamożnego i bardzo rozwiniętego. Tymczasem Terzani odkrywa przed czytelnikiem niebezpieczne meandry japońskiej mentalności. Opisuje karność i oddanie Japończyka wspólnocie. Przypomina o japońskim nacjonalizmie, którego zły duch cały czas unosi się nad krajem. Dla Terzaniego Japonia jest krajem niemal socjalistycznym, w którym obywatele mają głęboko zakodowane posłuszeństwo wobec władzy, a pracę uważają za najważniejszy cel w życiu jednostki. Europejczyk, czytając taki tekst, musi być zszokowany. Terzani zaś w tym reporterskim tomie szokuje tak wiele razy.

Włoch ma również dar pisania fascynująco zarówno o Sprawach, jak i o sprawach. Jego opisy losów uchodźców z Kambodży czy Wietnamu poruszą serca nawet najbardziej zatwardziałych cyników. Jednocześnie Terzani potrafi uchwycić tak z pozoru nieistotną rzecz, jak… zamiłowanie Japończyków do czystych toalet! Mało który reporter potrafi poruszać się płynnie po terenach tak wielkich tragedii, jak i po małych sprawach codziennych.

Niektóre z opublikowanych w książce tekstów potrafią chwycić czytelnika za gardło. Reportaż z Hiroszimy, która kilkadziesiąt lat po wojnie zapomina o tragedii z II Wojny Światowej, gdy została zrównana z ziemią przez amerykańską bombę atomową, urzeka wrażliwością. Podobnie jak tekst o cesarzu Japonii, Hirohito, który urodził się jako bóstwo, a zmarł jako obywatel. Napisany z wielkim taktem i namysłem, skłania do refleksji o dramatycznych konsekwencjach wyborów, do których władcy zmuszani są niekiedy przez dziejową konieczność.

Nie przystoi aż tak pieścić autora za napisaną książkę. Dodajmy więc trochę dziegciu. Otóż, „W Azji” jest książką nieco zbyt długą. Tom ten liczy sobie ponad 500 stron, przez co wiele z poruszających tekstów, inspirujących odkryć i błyskotliwych uwag autora może czytelnikowi umknąć w natłoku wiedzy. Wydaje się, że nieco bardziej skondensowana dawka wiedzy o Azji byłaby dla czytelnika przydatniejsza. Szkoda też, że Terzani unika przeważnie zdecydowanych sądów. Najnowsza historia Azji to bowiem zapis starć wielkich mocarstw, których ofiarami padały małe kraje, jak Kambodża czy Wietnam. Szkoda, że autor opisując losy ofiar tych wojen czasem zdaje się zapominać o ich przyczynach i wskazywaniu winnych.

Te zarzuty nie zmieniają jednak faktu, że „W Azji” powinna wejść na stałe do kanonu klasycznych tekstów reporterskich. Zmysł obserwacji, znakomite pióro, lekkość frazy, odwaga i bycie „we właściwym miejscu o właściwym czasie” – tym powinien się cechować dobry reporter. Tiziano Terzani te wszystkie talenty posiada, czego „W Azji” jest znakomitym dowodem.

Tiziano Terzani, W Azji, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2009.

Dziesięć (głodnych) kawałków o wojnie

„Dziesięć kawałków o wojnie” rosyjskiego pisarza, Arkadija Babczenki, to książka mocna i zapadająca na długo w pamięć. Zagraniczni recenzenci okrzyknęli tę publikację jedną z najważniejszych opowieści wojennych w dziejach literatury. Z tą opinią trudno jednak się zgodzić. „Dziesięć kawałków…” to dobry i wciągający reportaż, ale mieszczący się raczej w kanonie solidnego pisarskiego rzemieślnictwa.

Babczenko trafił do Czeczenii, gdy miał zaledwie 18 lat. W tym wieku dopiero zaczyna się snuć wielkie plany na przyszłość. Marzy się o karierze w wybranym zawodzie, o najlepszych samochodach, pieniądzach, może też o rodzinie. Autorowi książki rzeczywistość nie pozwoliła jednak za długo bujać w obłokach. Rzucono go w miejsce, gdzie diabeł nie przestąpiłby progu, a Babczenko nie dość, że zaliczył jedną wojnę, to jeszcze z własnej woli pojechał na drugą. W 1996 roku, po zakończeniu pierwszego konfliktu w Czeczenii, osiadłł w Moskwie. Wytrzymał tylko trzy lata. Do udziału w kolejnej odsłonie kaukaskiego konfliktu zgłosił się jako ochotnik.

Trafił w miejsce, gdzie skończył się jakikolwiek humanizm, a prawa człowieka były czymś w rodzaju żartu, którym mogą się rozśmieszać żołnierze obu stron. Brutalne mordy, podrzynanie gardeł, wbijanie obciętych głów na pal – autor nie oszczędza czytelnikowi wrażeń.

Bo i samemu Babczence emocji na pewno nie zabrakło. I nie tylko Czeczeni mu je gwarantowali. Także „koledzy” w armii potrafili troskliwie się zaopiekować młodszymi sołdatami. Dbali o swoich kolegów od broni kopniakami, pięściami, kijami, kolbami karabinów. Używali ich jako pomywaczy, chłopców na posyłki albo nawet jako pośredników w handlu bronią z… Czeczenami (!). Babczenko bez emocji opisuje brutalną falę, której doświadczają w rosyjskim wojsku nawet oficerowie średniego szczebla. W ten sposób przełamuje stereotypowy wizerunek żołnierza tej armii, o który tak mocno dbają władze Rosji. Wizerunek twardego, bezlitosnego sołdata, który musi być brutalny, bo walczy z nieobliczalnymi czeczeńskimi barbarzyńcami. Babczenko ten stereotyp rozbija w puch. Bo ci „dumni, dzielni wojacy” byli psychopatami, zanim trafili na Kaukaz.

Co uderza w tej książce, to suchy język Babczenki. Autor nie wznosi się na wyżyny patosu, nie moralizuje. Idzie na przekór oficjalnej rosyjskiej propagandzie, która sączy Rosjanom do głów portret Czeczena – krwiożerczego barbarzyńcy. Dla Babczenki Czeczen to wróg. Budzący strach, budzący nienawiść, ale jednak wróg. Dlatego w „Dziesięciu kawałkach…” można znaleźć zarówno wzmianki o brutalnych wojownikach, jak i o zwykłych ludziach tak samo znękanych wojną, ale potrafiących pomóc nawet rosyjskiemu żołnierzowi.

Autor jest tylko narratorem, który z zimną krwią dozuje czytelnikowi kolejne dawki wspomnień z frontu czeczeńskiego. Babczenko ustawił się w roli doświadczonego przewodnika, który prowadzi swoich podopiecznych za rękę, dając im poznać ścieżkę, po której wędrują. Taki zabieg całkowicie się opłacił. Momentami można odnieść wrażenie, że rzeczywistość zlewa się z literaturą, że czytając, tak naprawdę towarzyszymy Babczence w jego dramatycznej „przygodzie”.

Arkadij Babczenko wrócił z Czeczenii złamany. Przeżył, co nie udało się wielu jego kompanom. Trudno jednak powiedzieć, że żyje. Bo jego losy będą już naznaczone dramatycznymi przejściami wojennymi i traumą, którą przywiózł z Kaukazu. Choć trzeba przyznać, że i tak miał szczęście. Dostał pracę w gazecie, napisał książkę… A wielu żołnierzy, którzy wrócili z wojny nigdy tak naprawdę z niej nie wyjechało. Potem kradli, tonęli w objęciach narkomanii i alkoholizmu, zabijali nawet własne żony i dzieci. Bo nie potrafili żyć bez przemocy. Opis mechanizmu uzależnienia od przemocy to kolejny wartościowy element „Dziesięciu kawałków o wojnie”.

Karolina Wigura pisząc o „Dziesięciu kawałkach…” w „Magazynie idei Europa” wspomniała o peanach, jakie wznoszą nad książką Babczenki zagraniczni recenzenci. W prasie brytyjskiej po premierze książki można było przeczytać, że to pozycja dorównująca rangą „Na Zachodzie bez zmian” Remarque’a czy „Opowiadań sewastopolskich” Tołstoja.
Cóż, nie można wykluczyć, że za kilkadziesiąt lat krytycy literaccy wezmą do ręki dzieło Babczenki i powiedzą, że tak – to jest książka epokowa. Z dzisiejszej perspektywy trudno jednak się pokusić o taką ocenę. Główną wartością reportażu Babczenki są bowiem brutalne opowieści z frontu. Rzadko zdarza się czytać relacje osób, które z bliska widziały wszelkie okrucieństwa wojny. Sęk jednak w tym, że w mediach pojawiło się już wiele opowieści o trudnej doli rosyjskiego żołnierza walczącego w Czeczenii, jak i samych Czeczenów. Piekło wojny w tym kaukaskim kraju opisywała już wcześniej choćby dziennikarka z Czech, Petra Prohaskova. Babczenko nie otworzył więc nowych drzwi. Raczej otworzył szerzej te już uchylone i pokazał dodatkowe, szokujące fakty. Co jego książce w żaden sposób nie ujmuje wartości.

Arkadij Babczenko, Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2009, s.320.

Ta książka budzi z drzemki

„Dzieci Groznego” norweskiej dziennikarki Åsne Seierstad to książka, która nie pozwala spokojnie zasnąć. To także jeden z najlepszych reportaży literackich, jaki ukazał się w ostatnim czasie na polskim rynku. Autorce udało się bowiem uniknąć najpoważniejszych zagrożeń, czyhających na pisarza opisującego złamane życie narodu, a mianowicie: jak pisać, by nie strywializować problemu i nie wcielić się w rolę fałszywego sędziego? Tę umiejętność posiadał Ryszard Kapuściński. Åsne Seierstad jest jego godną uczennicą.

„Dzieci Groznego” to znakomity reportaż literacki. Norweska reporterka nie przedstawia w swej książce tylko suchych faktów. Przeciwnie, ona podaje je czytelnikowi na tacy, polane finezyjnym językowym sosem. Pisze niekiedy w sposób stonowany, niekiedy złośliwy, innym razem nieco rozgorączkowany.

Seierstad bywa również delikatna, bywa tajemnicza, ale przede wszystkim – jest imponująco konsekwentna. Norweżka umiejętnie prowadzi narrację i dozuje kolejne wątki reportażu tak, że dramaty, historie z pogranicza ludzkiego rozumienia, są dalekie od nieznośnego moralizowania. To ważne, bo pisząc o ogromie tragedii i bólu, który towarzyszy Czeczenom w codziennej egzystencji, łatwo wpaść albo w zbędny patos, albo w graniczący z cynizmem dziennikarski obiektywizm. Pisząc o zbrodniach rosyjskiej armii w tym kaukaskim kraju, nietrudno przyjąć postawę: „To barbarzyńcy i bydlęta, a nie ludzie”.

Seierstad w swojej książce opłynęła jednak tę rafę z daleka. Ona po prostu opisuje. Nie wartościuje. Nie powiela utartych kalek myślowych. Mówią jej bohaterowie i nie są to tylko czcze słowa. Bo „Dzieci Groznego” nie pozwalają przejść obojętnie wobec opisywanych przez autorkę historii, choć jednocześnie Seierstad stara się i niczego nie narzucać czytelnikow.

To także książka napisana nie tyle ręką autorki, nie tyle jej pasją. Ambicja i dziennikarska smykałka płyną z kart tej publikacji szerokimi strumieniami. Seierstad po raz pierwszy wyruszyła do Czeczenii, gdy miała zaledwie 24 lata. Mało tego, był to jej debiut w zagranicznej reporterskiej tułaczce, ale nie dała się zbyć rosyjskim sołdatom. Nie dała się zastraszyć już na starcie, gdy dostała „w prezencie” hełm, kamizelkę kuloodporną i ostrzeżenie, że to nie miejsce dla kobiety.

Dzięki jej odwadze czeczeńska tragedia, ale też dramat wielu rosyjskich rodzin, których synowie padli ofiarą tego konfliktu, zostały ukazane z innej perspektywy. Åsne Seierstad prezentuje również Czeczenię – państwo, które nawet rządzone przez swojego człowieka, Ramzana Kadyrowa, nie może spać spokojnie. Bo kadrowcy bywają tak samo brutalni, jak ich rosyjscy poprzednicy. Biją, torturują, zabijają. Kradną, korumpują, szantażują. A przecież są swoi. A mieli być tymi, o których Czeczeni marzyli przez tyle lat. Ale nimi nie są.

Norweska reporterka do portretu tego złamanego społeczeństwa dodaje jeszcze jeden obraz. Obraz ludzi, którzy dla władzy, pieniędzy i stanowisk zaprzedali się nowemu baćce. Którzy milczą, gdy ich rodacy próbują mówić o krzywdach, jakie wyrządzili im nowe władze. I gdy chcą opowiadać o prywatnych więzieniach Ramzana Kadyrowa, w których praktykowane są tortury tak okrutne, jak w rządzonym przez Saddama Hussajna Iraku. Wtedy do słowa dochodzą zbiry, które uprowadzają niepokornych z taką łatwością, jakby ściągali mleko z półki w sklepie. A wszyscy ci dobrzy, zaangażowani w budowę nowej Czeczenii ludzie, siedzą cicho jak myszy pod miotłą. Trzeba było odwagi Åsne Seierstad, by te przygnębiające fakty wypłynęły na powierzchnię publicznej dyskusji.

A wszystko to przy zupełnej obojętności mieszkańców państw Unii Europejskiej. Dla ilu z nich Czeczenia zniknęła ze sfery codziennych (i rytualnych) zmartwień, bo nie grasują tam już Rosjanie, a ludzie rządzą się sami rękami „swoich”? Ilu z nich poddało się syndromowi „filmu katastroficznego”, o którym niemiecki filozof Peter Sloterdiijk mówi: Teatr czy kino są w nas, ludziach Zachodu, zakorzenione tak głęboko, że wydaje się nam, iż oglądamy film katastroficzny. I, że dopóki siedzimy tylko na widowni, to wcale nie jest tak źle?

Jeśli Sloderdijk ma rację, w takim razie Åsne Seierstad swoją książką wyłączyła prąd z telewizora i przerwała wygodny seans.

Åsne Seierstad, Dzieci Groznego , Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009.

"Czuję, że byłem Polsce potrzebny"


Na początku marca prof. Zbigniew Religa, wybitny polski kardiochirurg, a także zaangażowany działacz społeczny i polityk, zmarł po długiej walce z rakiem. O jego śmierci prasę obiegło sporo tekstów próbujących przybliżyć życiorys Religi. Próbę przedstawienia biografii wybitnego kardiochirurga podjął też dziennikarz Jan Osiecki, który w książce „Zbigniew Religa. Człowiek z sercem w dłoni” oddał głos bohaterowi, prowadząc z nim wywiad-rzekę.

Z kart książki wyłania się obraz fascynujący. Poznajemy bohatera, ale też przy okazji kawał historii polskiej medycyny. Prof. Religa z pasją opowiada o początkach naszej kardiochirurgii, w tym o pierwszym przeszczepie serca, który przeprowadzono w klinice w Zabrzu (którą Religa w nerwach, pocie i przy nieustannym oporze PRL-owskiej materii stworzył niemal od A do Z). Co ciekawe, niewiele brakowało, by Religa zamiast w Polsce, zrobił wielką karierę w Stanach Zjednoczonych. Jako młody lekarz odbył w USA dwa staże. Kuszony intratnymi ofertami pracy, za każdym razem decydował się na powrót do Polski.

– Pewnie w USA byłbym teraz właścicielem jachtu, dużego domu i super samochodu. Ale moje życie zawodowe spędzone w Polsce przebiegło tak, że udało mi się zrobić coś dobrego dla innych. Czuję, że byłem Polsce potrzebny – tłumaczy swój życiowy wybór prof. Religa.

Osiecki przybliża nam też Zbigniewa Religę – założyciela Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii, który robił, co mógł, by jego instytucja miała odpowiednie środki na badania. Profesor wystarał się nawet o to, by na rzecz fundacji koncert dały tuzy muzyki klasycznej: Jose Carreras i Placido Domingo. Oczkiem w głowie Religi był też projekt stworzenia polskiego sztucznego serca. Poznajemy też Religę – polityka, a także jego motywacje, które pchnęły go na polityczne ścieżki. Dla niego, człowieka oddanego sprawom społecznym, scena polityczna była naturalną areną walki o wyznawane ideały. I, co najważniejsze, nie dał się z niej zepchnąć ani ustawić w roli paprotki na stoliku.

Religa okazał się być rozmówcą bardzo otwartym i szczerym. Wyznał, że ma spory szacunek do generała Wojciecha Jaruzelskiego, a przecież taka deklaracja w dzisiejszej Polsce jest niemalże jak wypowiedzenie obywatelstwa. Prof. Religa trzeźwo wypowiadał się też o rządach PiS, w których przecież uczestniczył jako minister zdrowia. W książce opowiada, że był wielkim zwolennikiem podpisania traktatu lizbońskiego, co wepchnęło go w spór z wszechwładnym wówczas szefem PiS, Jarosławem Kaczyńskim. I tu Religa również szedł na przekór obowiązującym podziałom, za to zgodnie z własnym sumieniem.

- Jestem za Europą bez granic, bez różnić, bez narodów – wyznał w rozmowie z Osieckim prof. Religa. – Marzę, by nie było Włochów, Francuzów czy Polaków, lecz po prostu Europejczycy – dodał.

Jan Osiecki przeprowadził rozmowę z prof. Religą w sposób bardzo taktowny. Nie musiał ciągnąć rozmówcy za język, więc przyjął ton dyskusji spokojnej, momentami wręcz przyjacielskiej. Tę swoistą intymność widać choćby w chwili, gdy Osiecki pyta Religę o stosunek do śmierci.

- Mogę umrzeć w każdej chwili i nie stanowi to dla mnie żadnego problemu. Gdybym umarł, po prostu nie byłoby mnie tutaj, w tym miejscu. Poza tym nic nie zmieniłoby się na świecie – odpowiada brutalnie szczerze prof. Religa.

Tak szczery wymiar ma cała książka. Osiecki musiał poruszyć tematy bardzo trudne, głęboko osobiste. Udało mu się jednak uniknąć zarówno patosu, jak i tabloidalnego wścibstwa, które rozmówca toleruje, bo sam wcześniej zgodził się na rozmowę.

W demokracji ogromnie ważną rolę odgrywają autorytety. Zarówno te przez duże A, czyli postacie znane ze sceny publicznej, jak i te z małego a, czyli mądrzy sąsiedzi, znajomi czy działacze lokalnych stowarzyszeń.

- Teoretycznie moglibyśmy w każdej sprawie uznać autorytet innego fachowca, ale przecież nie mamy czasu, by takich fachowców za każdym razem od nowa wyszukiwać. Dlatego instynktownie szukamy sobie osób, którym przyznajemy ogólny autorytet, a potem kierujemy się ich opiniami. Bez pomocy trwałych autorytetów nasza wolność prędko stałaby się fikcją, bo większość decyzji miałaby by charakter losowy – pisze Jacek Żakowski. [1]

W Polsce jednak powszechnie uznawanych autorytetów nie ma zbyt wielu. Liczbę osób szanowanych niezależnie od podziałów ideowych czy politycznych da się policzyć na palcach jednej ręki. Co gorsza, każda grupa, która ma wpływ na opinię publiczną, nie tylko hołubi swoje autorytety, ale też robi, co może, by splugawić dobre imię bohaterów podziwianych przez oponentów. Lech Wałęsa nigdy nie będzie postacią godną szacunku dla środowisk prawicowych, z kolei stronnictwa liberalne czy lewicowe prędzej połkną język, niż uznają zasługi Romana Dmowskiego. Taki stan rzeczy jest oczywiście zdrowych odruchem demokratycznego społeczeństwa. Każdy może wierzyć, w co chce i uznawać za autorytet kogo tylko dusza zapragnie.

Zbigniew Religa z tej konfrontacyjnej logiki się jednak wyłamuje, choć – jak widać w książce Osieckiego – jego życiowe wybory szły to na przekór politycznych podziałów, a to znów zgodnie z nimi. Owszem, nieraz wytykano mu skłonność do alkoholu czy surowe podejście do współpracowników. Także polityczny zwrot profesora, który w 2005 roku wszedł do stworzonego przez PiS rządu mimo udzielonego chwilę wcześniej poparcia Donaldowi Tuskowi w wyborach prezydenckich (Religa był nawet członkiem komitetu honorowego Tuska), spotkała się z dezaprobatą.

Po śmierci prof. Religi nie było słychać plotek i krytyki. Nikt nie zabrał się za szperanie w IPN-owskich teczkach, szukając smakowitych kąsków z jego przeszłości. Złośliwi powiedzieliby pewnie, że skoro nikt nie atakował prof. Religi po śmierci, to albo tak naprawdę nie żył, albo naprawdę musiał być uczciwym człowiekiem i można rozważyć wciągnięcie jego nazwiska na listę autorytetów. Ale złośliwcy i cynicy w tym wypadku nie mieliby okazji, by pisnąć choć słówko. Profesor Religa, co książka Osieckiego świetnie podkreśla, swoim życiem i dorobkiem, który zostawił po sobie, broni się sam.

Jan Osiecki, „Zbigniew Religa. Człowiek z sercem w dłoni”, Prószyński i s-ka, Warszawa 2009.

Liberał w "Polsce B"

Mało jest w Polsce takich książek jak „Powiatowa rewolucja moralna” Pawła Smoleńskiego. Autor zapuścił się bowiem na tereny, które wielkie media raczej omijają lub – w najlepszym wypadku – traktują je z pogardą. Szkoda tylko, że książka Smoleńskiego skupił się tylko na skutkach, a zupełnie ominął przyczyny, przez które rzeczywistość „Polski B” jest tak przytłaczająca.

„Powiatowa rewolucja moralna” zawiera osiemnaście reportaży z tak zwanej „Polski B”. Opublikowane w książce teksty ukazywały się wcześniej na łamach „Gazety Wyborczej”. Już w dzienniku reportaże te intrygowały, teraz zaś - zebrane w jednym tomie - zyskały zupełnie nową jakość. Stają się swoistym szkiełkiem powiększającym, które autor przykłada, by przyjrzeć się Polsce małych miejscowości czy wsi, Polski wierzącej w proste idee, wreszcie Polsce próbującej – z rzadka skutecznie, częściej daremnie – wyjść z prowincjonalnego marazmu.

Obraz, który Smoleński przedstawia czytelnikowi, jest fascynujący. Autor prezentuje smutną często rzeczywistość polskich małych miejscowości, ogarniętych fatalnym bezruchem i politycznym kumoterstwem, które dusi w zarodku każdą, nawet najbardziej potrzebną inicjatywę. Widać to choćby w opisywanym przez autora Grudziądzu, gdzie lokalne elity nie potrafią porządnie się zabrać nawet za budowę oczyszczalni ścieków. Miejscowe władze (dodajmy dla porządku, że o SLD-owskiej barwie) świetnie odnajdywały się za to w zawodach na rozdawanie posad żonom, mężom, dzieciom i rozmaitym pociotkom. Autor nieźle rekonstruuje też mechanizm, który sprawiał, że wszelkie polskie problemy identyfikowano z problemami natury moralnej, jak nierozliczona spuścizna PRL.

„Powiatowa rewolucja moralna” to też niezły portret różnej maści populistów, którzy budowali swoje kariery na ludzkim gniewie i frustracji. Smoleński prezentuje lokalnych działaczy Samoobrony czy LPR, którzy do perfekcji opanowali sztukę budowania poparcia wyborców na podsycaniu ich najgorszych emocji. Z reportaży Smoleńskiego przebija też miejscami ukryty na polskiej prowincji antysemityzm, który rozmaici macherzy umiejętnie podsycają, dając sfrustrowanym ludziom proste wytłumaczenie dręczących ich problemów. „Bezrobocie? Brak perspektyw? Śmiesznie niskie emerytury? My wiemy, dlaczego tak jest! To solidaruchy rozkradły kraj złodziejską prywatyzacją” – krzyczą pseudolewicowi demagodzy. „To układ, różowi, liberalno-kosmopolityczne elity rozkradły naród! To niezlustrowani agenci wspólnie z żydowsko-masońskim spiskiem globalnych elit drenują zdrowy polski naród, skazując go na marną wegetację!” – dopowiadają ich kompani spod znaku LPR czy Młodzieży Wszechpolskiej. Paweł Smoleński w swoich reportażach nieźle odtwarza ścieżki populistów do władzy. Autor opisuje te zjawiska dość subtelnie, nie komentując ich otwarcie, z rzadka pozwalając sobie tylko na ledwo odczuwalną, choć momentami solidną ironię.

Pod względem czysto dziennikarskim, książce Pawła Smoleńskiego trudno stawiać poważniejsze zarzuty. „Powiatowa rewolucja moralna” powinna zająć ważne miejsce w rankingu polskiego reportażu. Szkoda tylko, że autor nie pokusił się o szersze wyjaśnienie poruszanych problemów, słowem – nie poszedł tropem politycznym, ograniczając się do roli kronikarza. Owszem, Smoleński wspomina miejscami, że po skrajnie liberalnych reformach gospodarczych spora część Polaków zwyczajnie nie odnalazła się w nowej rzeczywistości. Sęk w tym, że nie pisze o tym otwartym tekstem, tylko delikatnie, między wierszami. Tak jakby gniew, frustracja i bieda pojawiły się w opisywanych miasteczkach z powietrza, jak nagła burza, która podtopiła mieszkania po kolana.

Jest zaś jasne, że to właśnie reformy Leszka Balcerowicza sprawiły, że Polska prowincjonalna stała się rezerwuarem populistów. Że to właśnie mieszkańcy małych miasteczek czy wsi, niedający sobie rady w nowym wspaniałym kapitalistycznym świecie stali się elektoratem takich partii, jak LPR, Samoobrona czy PiS. Że to na ich totalnym zagubieniu w zupełnie innych od 1989 roku realiach Tadeusz Rydzyk mógł zbudować swoje imperium. Ci wszyscy zagubieni, biedujący i niemający nadziei na poprawę swojego bytu Polacy słyszeli za to, że są „roszczeniowym ciemnogrodem, który nie rozumie ducha przemian i jest balastem nowej Polski”. Słyszeli, że mają brać sprawy w swoje ręce i nie narzekać, jeśli im nie wychodzi, bo przecież sami są sobie winni. Przecież w realiach wolnego rynku liczy się inicjatywa jednostki. Wygrywasz – masz. Przegrywasz – spadasz. I nie próbuj wyciągać do państwa ręki po cokolwiek. Państwo może co najwyżej pokazać ci środkowy palec.

Czy w tym kontekście można się dziwić opisywanym przez Pawła Smoleńskiego zjawiskom? Szkoda więc, że autor ograniczył się do roli zwykłego „opisywacza”, który znalazł skarb i… odłożył go na miejsce. Może nie chciał, może nie mógł… W każdym razie, zupełnie zlekceważył bardzo ważny wątek, który mógłby pozwolić czytelnikowi zrozumieć istotę toczących Polskę problemów.

„Powiatowa rewolucja moralna” to książka udana, ale tylko w połowie. Szkoda, bo autor miał sporą szansę, by dotknąć źródeł poważnego problemu. Rządy PiS nie wzięły się z powietrza. To, że Platforma cieszy się obecnie tak dużym poparciem nie znaczy również, że bracia Kaczyński znów nie obejmą sterów władzy. Problem „Polski B”, Polski lekceważonej nadal istnieje. Podobnie jak problem całkowitego zaniku polityczności, który sprawia, że interesy ekonomiczne słabszych grup społecznych mogą być artykułowane tylko przez populistów.

Polska nie jest polityczna, Polska jest teraz wyPOlerowana. Nie ma kantów, nie ma sporów, są tylko wtórne i miałkie dyskusje. Paweł Smoleński w „Powiatowej rewolucji moralnej” lekko odkrył korzenie tych zjawisk. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że o te korzenie nieco się potknął.

Paweł Smoleński, „Powiatowa rewolucja moralna”, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2009.

Europa oskarżona


fot. Wydawnictwo Czarne.
Poniższy tekst ukazał się też drukiem - to mój gazetowy debiut - w piśmie "Le Monde Diplomatique edycja polska". Podziękowania również dla załogi "Krytyki Politycznej", która opublikowała go na portalu KP.

- Ten, kto odszedł z domu, ma trzy możliwości. Może osiągnąć sukces, ponieść porażkę lub umrzeć – mówi jeden z bohaterów książki „Afrykańska odyseja”, napisanej przez niemieckiego dziennikarza Klausa Brinkbäumera. Dla wielu Afrykańczyków piekielnie trudna podróż na wymarzony Stary Kontynent kończy się albo porażką, albo coraz częściej nawet śmiercią. Ten krwawy rachunek w dużej mierze obciąża konto Europy.

Europa nie wie, czym jest. Europa nie wie, dokąd zmierza. Elity nie wiedzą, czym jest tożsamość Starego Kontynentu, a zwykli obywatele coraz częściej dają się uwieść fali nacjonalizmu i szamanom, odprawiającym z nową energią stare czary o „narodowych interesach” i „groźnych obcych”. Tak prezentuje się aktualnie kondycja Europy. I właśnie na tak niepewny swojej tożsamości Stary Kontynent spada fala imigrantów z Afryki. Afrykańczycy nie są jednak w Europie mile widziani.

Afrykańczycy uciekają z beznadziei. Nie mają też dokąd wracać, bo podróż kosztowała tyle, że często musieli sprzedać dom, byle tylko pokryć wszelkie koszty. Wierzą, że Europa to ich wymarzony raj na ziemi. Kraina mlekiem i miodem płynąca, w której nie ma żadnych problemów. A nawet jeśli są, to tak błahe w porównaniu z nędzą codziennego życia w Afryce.

Sęk w tym, że Europa wcale nie zamierza witać gości z Afryki z otwartymi ramionami. Na nieproszonych przybyszów czekają szybkie łodzie patrolowe, ogarniające olbrzymi teren radary, superczułe kamery termowizyjne, słowem – potężny techniczny arsenał. Europa nie waha łożyć milionów euro, byle tylko uszczelnić swoje granice przed nielegalnymi imigrantami. Europa nowych nie chce. Europa się ich boi.

Efekt jednak jest taki, że Morze Śródziemne staje się powoli – jak zauważył nawet swego czasu jeden z oficjeli Watykanu – masowym cmentarzyskiem. Czasem do mediów przebije się informacja o kolejnej tragedii. O kolejnej zatopionej łodzi, o kolejnym transporcie imigrantów wiezionych choćby w hermetycznie zamkniętych ładunkach TIR-ów…

Ile tragedii dzieje się po cichu, anonimowo? Ilu Afrykańczyków zamiast wymarzonego szczęścia w Europie znalazło śmierć w morzu? Tego nigdy się nie dowiemy.

Niemiecki dziennikarz Klaus Brinkbäumer w książce „Afrykańska odyseja” opisuje masowy exodus Afrykańczyków do państw Unii Europejskiej. Reporter wybrał się w podróż razem z Johnem Apmhanem z Ghany, który kilkanaście lat temu przebył tę trasę. Towarzysz Niemca doświadczył podczas swojej odysei wszystkich dramatów, jakie mogą się przydarzyć ruszającemu w drogę przez gorącą pustynię człowiekowi. Amphana okradano, więziono, bito, raz nawet nieuczciwy przewoźnik zostawił go wraz z towarzyszami na środku Sahary. Bez wody. Ot tak, po prostu. Tylko cud i potężna wola życia pozwoliła bohaterowi książki jakoś wydostać się z tej krainy beznadziei i dotrzeć dalej, na północ.

Klaus Brinkbäumer w „Afrykańskiej odysei” postawił się w roli obserwatora. Jego podróż przebiegała też względnie bezpiecznie i komfortowo. Jego reportaż nie ma więc tego rysu dzikiej przygody co choćby utwory Ryszarda Kapuścińskiego, który często żył tym samym życiem, co jego afrykańscy gospodarze. Z nimi chorował, doświadczał ich bolączek. Brinkbäumer nie wyszedł poza próg obserwatora-turysty. W książce autor opisuje, jak na granicy zatrzymali go dość agresywni algierscy żołnierze. Brinkbäumer pomógł sobie, dzwoniąc do Niemiec z telefonu satelitarnego. Wtedy żołdacy zrobili się uprzejmi i było po strachu.

To, co udało mu się zobaczyć nawet mimo przyjęcia w miarę bezpiecznej pozycji, szokuje. Brinkbäumer opisuje fatalny stan wielu afrykańskich miast. Nigeryjskie Lagos czy Benin City? Akra w Ghanie? Tamanrasset w Algierii? Nazwy można mnożyć. Wszędzie panoszy się ta sama bieda i nędza. Wszędzie rządzą sprzedajne elity, które całkowicie zawłaszczają dochody, które spływają do kas tych krajów ze sprzedaży surowców naturalnych. Gdy autor pisze o potężnych zasobach ropy naftowej w Nigerii i po chwili prezentuje opis dziecka kąpiącego się w… kałuży ropy, trudno nie mieć wrażenia, że w Afryce złodziejstwo władzy to coś równie naturalnego jak widok słońca na niebie.

„Afrykańska odyseja” jest poprawnie napisanym, rzetelnym reportażem. Autor jedynie opowiada o tym, co zobaczył w Afryce. Brinkbäumer rzadko zdobywa się na ostrzejsze sądy, bardziej starając się dać czytelnikowi do myślenia.

Książkę tę można jednak odbierać jako akt oskarżenia. Przeciwko możnym Europy, którzy bez wahania pompują pieniądze w reżimy Algierii czy Maroka, które złapanych emigrantów odsyłają często na środek pustyni, skazując ich na pewną śmierć. Przeciwko szarym obywatelom, którzy tkwią w swoim słodkim konsumpcyjnym śnie, zupełnie lekceważąc dramatyczne zdarzenia z południowej granicy Unii. Wreszcie przeciwko krótkiej pamięci decydentów, którzy zapomnieli już, że to właśnie pozostałości kolonializmu do dziś dławią Afrykę i dziś nie robią nic poza okazjonalnym przekazywaniem darów dla potrzebujących, konserwując w ten sposób afrykański marazm.

Czasy, w których książka mogła zmienić świat, dawno minęły. Także „Afrykańska odyseja” nie przyczyni się do poprawy losu emigrantów z Afryki. Ale po jej lekturze trudno być dumnym Europejczykiem.

Klaus Brinkbäumer, "Afrykańska odyseja", wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

Literacki efekt Lucyfera


Jak rodzi się przemoc? Jak szczytna nawet ideologia może przerodzić się w krwiożerczą hydrę? Jak natchniony ideałami człowiek może przejść życiowy Rubikon, porzucając spokojne życie na rzecz walki o cele, które nie do końca akceptuje? Na te fundamentalne pytania odpowiada szwedzki pisarz, Steve Sem Sandberg w swojej fabularyzowanej biografii niemieckiej dziennikarki i bojowniczki RAF, Ulriki Meinhof.

Inteligentna. Wrażliwa. Dobra i kochają matka dwójki dzieci. Niespełniona żona. Pozornie porządna niemiecka mieszczanka, a w głębi natchniona lewicowymi ideałami i pełna wiary w lepszy, bardziej sprawiedliwy świat aktywistka. Gorzkniejąca, gdy obserwowała syte, zadowolone z siebie i udające, że nie pamięta o swojej nazistowskiej przeszłości niemieckie społeczeństwo. Taka była Ulrike Meinhof. Młoda niemiecka dziennikarka stawiała kolejne kroki w karierze i zanosiło się, że na stałe wejdzie do ścisłej czołówki mediów w Niemczech.

Na drodze Meinhof stanął jednak RAF. Wtedy nad jej życiem zawisł duch Maxa Webera. Niemiecki socjolog napisał niegdyś, że dziennikarstwo to szczególna forma zaangażowania politycznego. Meinhof swoim życiowym wyborem potwierdziła tezę Webera. Odstawiła pióro (albo raczej zaprzęgła je do arsenału swojej rewolucyjnej walki) i weszła na drogę zbrojnej walki z Systemem. Pełna romantyzmu i ideałów Meinhof stopniowo dawała się wciągnąć w ten ruch, który w latach 70.przez długi czas postawił na głowie całe niemieckie państwo. Zamachy, zabójstwa, konspiracja, ucieczki – partyzanckie życie stało się codziennością Meinhof, która – mimo wątpliwości – nie zeszła z tej drogi do momentu, gdy została aresztowana. Więzienna izolacja odbiła się mocno na psychice Ulrike Meinhof, która znękana popełniła samobójstwo.

Książkę Semberga można nazwać literackim odpowiednikiem dzieła słynnego psychologa z USA, Philipa Zimbardo. Uczony w „Efekcie Lucyfera” opisał, jak – po stworzeniu odpowiednich warunków i relacji między katem a ofiarą – w człowieku może narodzić się zło. Szwedzki pisarz w „Teresie” odtwarza podobny mechanizm. Pokazuje, jak nawet szczytna ideologia potrafi wyrodzić się we własne przeciwieństwo i stać się tylko marną karykaturą. Jak piękne ideały mogą uwieść człowieka i pchnąć go w ramiona przemocy, którą szybko staje się celem samym w sobie, po drodze niszcząc marzenia, w które się wierzyło. „Teresa” to wreszcie świetny opis grupowej psychologii, rozdziału ról na liderów i kozły ofiarne. Takim kozłem stała się Meinhof, ciągle przepełniona wątpliwościami i zagubiona w swoim nowym, rewolucyjnym życiu.

- Czy dziś studenci są w stanie zdobyć się na bunt przeciwko systemowi, na wzór pokolenia ’68? – pytają uczeni. Zdecydowana większość z nich odpowiada, że nie. Młodzi przecież są konsumentami i nie będą podcinać gałęzi, na której siedzą. System też potrafi sprowadzić każdy odruch buntu i niezgody do zwykłego estetycznego gestu sprzeciwu, za którym nie idzie żadna treść. Owszem, czasem ponarzekają, że system ich dusi, że kredyty, że marne szanse na ułożenie sobie życia, że oferuje im się tylko śmieciowe prace... Na ględzeniu jednak tylko się kończy. Co bardziej zapalczywi lądują w grupach anarchistów, walczących ze sprzedajnymi politykami i wyzyskującym systemem za pomocą kamieni i koktajli Mołotowa. Ogół zaś stopniowo gorzknieje, nasiąka konformizmem, a swój sprzeciw wobec świata, który im nie sprzyja, wyraża tylko w myślach lub okazjonalnych rozmowach.

Książka Sandberga pokazuje, że można walczyć o lepszy świat, idąc na przekór obowiązującej poprawności politycznej i norm racjonalnego postępowania, które narzucają zazwyczaj silni, syci i zadowoleni, trzymający lejce władzy. Autor, posługując się życiorysem Meinhof, pokazuje, że można wyjść poza opłotki buntu duchowego i wejść na drogę autentycznego sprzeciwu, nie uciekając się do przemocy.

„Teresa” udziela pouczającej lekcji. Autor przypomina nam, że można zmieniać świat w sposób, jaki sugerował w „Płomieniach” Stanisław Brzozowski – wolną wolą, bo przecież cała nasza rzeczywistość jest wytworem ludzkiej myśli i woli. I nie trzeba robić tego za pomocą kija czy nawet kałasznikowa. Wystarczy chęć, refleksja, wolna wola i determinacja. Naboje i pistolety mogą zostać w szafie.

Steve-Sem Sandberg, „Teresa”, wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.